O drugiej w nocy nikt nie patrzy na serwer. Strona stoi cicho, nikt jej nie odświeża, nikt nie wpisuje adresu, nikt nie przewija. A jednak log rośnie. Linijka po linijce dopisują się żądania, jedno po drugim, miarowo, bez przerwy, którą robi człowiek, gdy idzie po kawę albo gdy się zamyśli nad akapitem. Patrząc na ten zapis, można odnieść wrażenie, że budynek pracuje pełną parą, mimo że jest pusty. Bo rzeczywiście pracuje. Tylko nie dla nikogo, kogo dałoby się zobaczyć.
Od pewnego czasu mówi się, że ruch automatów w sieci przekroczył ruch ludzi. Brzmi to jak próg cywilizacyjny, jak moment, w którym coś się przechyliło i już się nie wyprostuje. I rzeczywiście coś się przechyliło, ale niekoniecznie to, co sugeruje sama liczba. Bo liczba żądań nigdy nie była dobrą miarą obecności. Jeden skrypt potrafi w sekundę zrobić tyle zapytań, ile człowiek nie zrobi przez tydzień. Automaty zawsze były tanie w generowaniu ruchu, a ludzie zawsze drodzy, bo człowiek musi przeczytać, zrozumieć, zdecydować i dopiero wtedy kliknąć. Gdyby liczyć samym wolumenem, ten próg przekroczyliśmy dużo wcześniej, niż go ogłoszono. Statystyka jest więc raczej pretekstem niż odkryciem. Mówi nam, że jest ich dużo, ale nie mówi tego, co naprawdę niepokoi.
A niepokoi co innego. Nie to, że jest ich więcej. To, że przestaliśmy ich widzieć.
Przez całą wcześniejszą historię sieci obecność po drugiej stronie była w jakiś sposób wyobrażalna. Wiedziałeś, że gdzieś tam siedzi ktoś, kto czyta tym samym aparatem co ty. Ma oczy, ma uwagę, która się męczy, czyta z góry na dół, gubi wątek i wraca, przewija za szybko i cofa. Strona była projektowana pod ten wspólny sposób patrzenia, bo wszyscy go dzieliliśmy. Nie trzeba było się zastanawiać, jak czyta odbiorca, skoro czytał tak jak ja. To założenie było tak oczywiste, że w ogóle nie wyglądało na założenie. Wyglądało po prostu na rzeczywistość.
Dziś to założenie pękło, choć pękło cicho. Przez tę samą stronę przechodzą teraz dziesiątki różnych sposobów czytania, z których większość nie ma nic wspólnego z okiem. Jeden automat bierze surowy kod, drugi czeka, aż strona się wyrenderuje, i dopiero wtedy patrzy, trzeci nie tyka samej treści, tylko sięga po przygotowaną dla niego warstwę pośrednią, czwarty streszcza, piąty wycina fragment i niesie go gdzieś dalej, gdzie zostanie zacytowany bez kontekstu. Nie ma już jednego czytelnika, pod którego można zaprojektować dokument. Jest ich wielu i czytają niewspółmiernie. To, co dla jednego jest treścią, dla drugiego jest szumem, a dla trzeciego w ogóle nie istnieje.
Najdziwniejsze w tym wszystkim jest pewne odwrócenie, którego prawie nie zauważyliśmy. Przez dekady to człowiek był w sieci elementem nieprzejrzystym. Nie wiedziałeś, kto jest po drugiej stronie, czy mówi prawdę, czego naprawdę chce, czy jest tym, za kogo się podaje. Maszyna była przejrzysta do bólu, robiła dokładnie to, co jej kazano, ani mniej, ani więcej. Dziś jest na odwrót. Człowiek stał się najlepiej obserwowalną częścią internetu. Wiemy o jego ruchu więcej, niż wiedzieliśmy kiedykolwiek, śledzimy go, profilujemy, przewidujemy następny klik. To automat zrobił się nieprzejrzysty. Nie wiesz, jak czyta, co bierze, co pomija, czyją intencję akurat wykonuje i komu zaniesie to, co u ciebie znalazł. Najbardziej policzalny jest dziś człowiek. Najmniej policzalny jest automat. Odwróciliśmy przezroczystość i nawet nie zauważyliśmy momentu, w którym to się stało.
Można by powiedzieć, że to problem techniczny, bo przecież ruch automatów da się zmierzyć. Log go widzi. Statystyki go łapią. Ktoś, kto się ich spodziewa, potrafi je policzyć. A jednak pozostają one dla nas abstrakcją, i to nie dlatego, że są ukryte, lecz dlatego, że nie mamy dla nich zmysłu. Ruch ludzi umiemy sobie wyobrazić, bo sami jesteśmy ludźmi. Wiem, jak to jest wejść na stronę, bo sam wchodzę, męczę się, klikam, rezygnuję. Ale nie wiem, jak to jest być automatem czytającym ten sam dokument, bo nie czytam tak jak on. Mogę policzyć jego żądania, lecz nie umiem wejść w jego sposób patrzenia. To nie jest luka informacyjna, którą da się zasypać lepszym narzędziem analitycznym. To luka wyobraźni. Zbudowaliśmy dom dla jednego rodzaju oka, a teraz mieszka w nim coś, czyjego widzenia nie potrafimy sobie nawet przedstawić.
I tu zaczyna się część najtrudniejsza, bo łatwo całą tę historię opowiedzieć jako skargę. Przyszły automaty i zepsuły wspólną przestrzeń, którą przedtem dzieliliśmy. Tylko że to nieprawda, a w każdym razie nie cała prawda. Bo jeśli przyjrzeć się temu uczciwie, wspólnotę zepsuliśmy sami, dużo wcześniej, i to nie automaty wprowadziły chaos, lecz dopiero go obnażyły.
Warto przypomnieć, czym w istocie jest HTML, kiedy zedrzeć z niego wszystko, co dobudowaliśmy. Jest językiem znaczenia, nie wyglądu. Nagłówek oznaczał, że to jest nagłówek. Akapit, że to akapit. Lista, że elementy są równorzędne. Cytat, że słowa są cudze. Link, że w tym miejscu myśl się rozwija gdzie indziej, że można pójść dalej i zobaczyć szersze tło. To była struktura niemal doskonała, bo opisywała sens, a nie jego oprawę. Dokument napisany czystym, semantycznym HTML mówił dokładnie to, czym był. Maszyna mogłaby go przeczytać i zrozumieć, bo wszystko, co istotne, było w nim nazwane wprost.
A potem zaczęliśmy ten sens przykrywać. Najpierw warstwą wyglądu, bo strona miała ładnie wyglądać, więc znaczenie ustąpiło miejsca prezentacji. Potem warstwą zachowania, bo strona miała coś robić, reagować, animować się, ładować treść dopiero wtedy, gdy ktoś dotrze w odpowiednie miejsce. Tekst zaczął się chować pod dwunastoma poziomami pustych pojemników, które nie znaczą nic, tylko coś wyglądają. Informacja zamieniła się w obraz, którego maszyna nie odczyta, bo to obraz właśnie, a nie zdanie. Nagłówek przestał być nagłówkiem, a stał się akapitem powiększonym i pogrubionym, czyli czymś, co dla oka jest nagłówkiem, ale dla struktury nie znaczy już nic. Zbudowaliśmy strony coraz bardziej widowiskowe i coraz mniej szczere, i przez długi czas nikt nie protestował, bo człowiek umie przez ten bałagan przejść wzrokiem. Umie zignorować to, co nieistotne, przeskoczyć dekorację, patrzeć przez formę na treść. Robi to tak sprawnie, że nie zauważa, ile pracy w to wkłada.
Maszyna tego nie umie. Maszyna jest bezlitosnym testem szczerości dokumentu. Czyta to, co naprawdę napisaliśmy, a nie to, co chcieliśmy, żeby było widać. I kiedy automat wchodzi na taką stronę, okazuje się, ile w niej było treści, a ile oprawy. Masowo okazuje się, że oprawy było zatrważająco dużo. To dlatego pojawiła się potrzeba czegoś takiego jak llms.txt, czyli osobnego, czystego pliku, który kładziemy obok strony i mówimy w nim maszynie: nie czytaj tamtego bałaganu, oto co naprawdę miałem na myśli. Tu jest streszczenie, tu są linki do tego, co ważne, tu jest sens bez dekoracji.
I w tym momencie warto się zatrzymać, bo dzieje się coś przewrotnego. llms.txt nie jest nową technologią. Jest spowiedzią. Jest przyznaniem się, że zaśmieciliśmy własny dokument tak bardzo, iż musimy obok niego położyć drugi, oczyszczony, żeby ktokolwiek zdolny czytać dosłownie mógł się jeszcze połapać, o co chodziło. A przecież to, co kładziemy w tym czystym pliku, jest dokładnie tym, czym miał być web od początku. Streszczenie, hierarchia ważności, link prowadzący do szerszego opisania zagadnienia, czysta struktura znaczenia. Odtwarzamy pierwotny sens HTML osobno, w nowym pliku, bo oryginał zarośliśmy własnymi rękami. Robimy drugą warstwę sensu, żeby naprawić to, że pierwszą zasypaliśmy ozdobą. Jedyne, co dochodzi nowego, to rachunek za tokeny, bo teraz liczy się już nie tylko, czy maszyna zrozumie, ale ile ją to zrozumienie kosztuje, więc tym bardziej opłaca się mówić zwięźle i wprost.
To przewraca całą skargę do góry nogami. Luka percepcyjna nie jest czymś, co zrobiły nam automaty. Jest czymś, co istniało już wcześniej, tylko stało się niewidzialne, bo człowiek własnym wysiłkiem co dzień ją łatał, przebijając się wzrokiem przez bałagan, którego sam narobił. Automat tej pracy nie wykonuje, więc luka wyszła na jaw. Czytelnik nie-ludzki okazał się pierwszym czytelnikiem na tyle innym, że wreszcie zobaczyliśmy, jak nieszczery zrobił się nasz dokument.
A skoro tak, to pojawia się pytanie, które jest właściwie nie do uniknięcia. Piszemy teraz dla dwóch publiczności naraz, które się wzajemnie nie widzą. Jedna to oko, które się męczy, przewija i klika. Druga to coś, co ekstrahuje, streszcza i niesie fragment dalej. Te dwie lektury zaczynają konkurować o to, pod kogo właściwie projektujemy świat. I póki co przesuwamy się, powoli, prawie niezauważalnie, w stronę tej drugiej. Coraz więcej myśli wkładamy w to, jak nas przeczyta maszyna, czy nas zacytuje, czy znajdzie w nas to, czego szuka. Coraz mniej w to, jak nas przeczyta człowiek, który ma oczy i cierpliwość, która się kończy. Trudno powiedzieć, czy to początek wypychania człowieka z jego własnej przestrzeni, czy tylko korekta wcześniejszego błędu. Bo może odzyskanie czystej semantyki dla maszyny odda nam z powrotem czystszy dokument także dla człowieka. A może przeciwnie, zaczniemy projektować świat tak dokładnie pod oko, którym nie jesteśmy, że własne oko stanie się w nim drugorzędnym gościem.
Nie wiem, w którą stronę to pójdzie, i nie chcę udawać, że wiem. Ale jest w tym jeden węzeł, który wydaje mi się zarazem najbardziej niepokojący i najbardziej pocieszający, i może na nim warto się zatrzymać zamiast szukać rozstrzygnięcia. Otóż jeśli prawdą jest, że maszyna czyta najlepiej to, co napisane czysto i wprost, bez ozdób, bez przykrywek, mówiące dokładnie to, co znaczy, to znaczy, że najlepszy tekst dla automatu jest po prostu dobrym, uczciwym tekstem. I cała panika o pisanie pod sztuczną inteligencję okazuje się odwrócona. Nie musimy uczyć się pisać dla maszyn. Musimy oduczyć się ukrywać sens przed ludźmi. To, co czyni dokument czytelnym dla automatu, czyni go zarazem szczerszym wobec człowieka, bo i jeden, i drugi cierpi na tym samym, gdy pod treścią chowa się pustka udająca treść.
Zostaje jednak pytanie głębsze, którego tym domknięciem nie zamknę. Bo cała ta opowieść opiera się na założeniu, że kiedyś istniała wspólna przestrzeń percepcyjna, którą teraz tracimy. A może nigdy jej nie było. Może to złudzenie, że czytaliśmy świat razem. Przecież niewidomy zawsze czytał inaczej niż widzący, dziecko inaczej niż uczony, ktoś w pośpiechu inaczej niż ktoś zatopiony w lekturze, czytnik ekranowy inaczej niż oko prześlizgujące się po stronie. Różnych sposobów czytania było zawsze wiele, tylko były na tyle do siebie podobne, że dało się je pomieścić w jednym wyobrażeniu odbiorcy. Automat jest pierwszym czytelnikiem na tyle obcym, że to wyobrażenie pękło. Możliwe więc, że nie tracimy żadnej wspólnoty, tylko po raz pierwszy widzimy wyraźnie, że jej nie było. Że zawsze pisaliśmy w samotności, każdy do swojego oka, a wspólnota odbioru była uprzejmą fikcją, w którą wygodnie było wierzyć.
Log rośnie dalej, linijka po linijce. Większość tych żądań nie należy do nikogo, kogo dałoby się sobie wyobrazić. Można to czytać jako koniec czegoś albo jako początek, jako utratę wspólnej przestrzeni albo jako odkrycie, że dzieliliśmy ją mniej, niż nam się zdawało. Pewne jest tylko jedno. Przestrzeń, którą uważaliśmy za swoją i wspólną, dawno przestała być jednym i drugim, a my zauważyliśmy to dopiero wtedy, gdy zaczął ją czytać ktoś, kto nie ma oczu.
